o śmierci i nadziei na nowe życie
czwartek, 17 maja 2012
Czwartek - Dzień Ósmy

Agnieszka rano, o dziesiątej rano poszła na zabieg. Punkcja miała nie boleć, ale Aga bardzo się bała, była spięta a hydroxyzyna nie zdążyła zadziałać uspokajająco. Pielęgniarka nakłuwała dwa razy, w końcu przyprowadziła neurochirurga, który poradził sobie od razu.

Przez pierwsze dwie godziny leżała na brzuchu, nie mogła i nie powinna podnosić głowy. Każdy ruch powodował zaroty i ból głowy. Później przyszedł lekarz i powiedział, że już może się położyć na boku. Na twarzy pojawił się uśmiech, spokój i odprężenie:) Na reszcie jakaś normalna pozycja.

Picie bez unoszenia głowy, było możliwe tylko przez słomkę, której nie było ani w kafejce na dole, ani u pielęgniarek, ale pożyczyłem od pacjentki obok, bo miała trzy, a co najważniejsze, akurat pojechała na rechabilitację...

Po trzech godzinach, albo wcześniej pielęgniarka zaprowadziła ją do ubikacji. Agnieszka dzielnie poszła na własnych nogach:)

Zjadła obiad: ziemniaki, surówka z marchewki i udko i rosół z rozgotowanymi kluskami, który bardziej przypominał krupnik w smaku.

Wyniki będą jutro.

środa, 16 maja 2012
Jest Środa - Dzień 7

Jestem mężem Agnieszki i piszę w jej imieniu.

Rozmawiała dziś z dwoma osobami, które dzisiaj miały punkcję. Powiedzieli jej, że po nakłuciu muszą leżeć na brzuchu 3 godziny.

Agnieszka zgodziła się, chociaż wcześniej miała duże obiekcje i strach przed tym co będzie jak coś się uda? Wyniki badań ciągle nie są jednoznaczne, lekarze nie wiedzą czy przyczyną są zmiany reumatologiczne czy spowodowane przez SM. Punkcja pozwoli jednoznacznie określić czy jest to SM. Badanie może być jutro rano lub dzień później. Trwa 5 min, nic nie boli. Dla spokojności Podadzą jej Hydroxyzynę.

Wiecie, że telewizja jest na dwuzłotówki.

Agnieszka dzisiaj: "Był u mnie Piotrek (brat) i przyniósł mi mnóstwo siódemek na telewizor"

.... śmiech:) na sali:)

A wczoraj był Sebastian (też brat) z Kubusiem (swoim synkiem a naszym chrześniakiem). 

Czyli jak na razie nie jest źle, przyzwyczajanie się do życia szpitalnego trwa. A profesor Selmaj jeszcze się nie zjawił, pewnie zarobiony jest.

Na koniec zdjęcie lodówki, która stoi na korytarzu:

poniedziałek, 14 maja 2012
Dzień kolejny - Poniedziałek

Na obchodzie miał być dzisiaj profesor, oczywiście go dzisiaj nie było. Za to przyszli lekarze prowadzący i powiedzieli, że zaraz przyjdą studenci pobrać mi krew. Student nie mógł znaleźć żyły, wkłuwał się dwa razy.

Bardzo mnie przepraszał, że żyła mu uciekła - Jak jeszcze raz mi ucieknie to zawołam kogoś starszego stażem - powiedział. Studenci mają więcej empatii niż doświadczeni lekarze.

A potem pan doktor przysłał mi grupę z dziesięciu studentów, żeby przeprowadzili ze mną wywiad. Zadawali miliony pytań a ja miałam łzy w oczach gdy musiałam im opowiadać o koszmarnej przeszłości, łącznie z informacją o Maciusiu. 

W tym czasie przyszedł Witek. Stwierdził, wchodząc, że jeden ze studentów powiedział: " - Ale dużo ta kobieta przeszła".

Po chwili przyszła kolejna grupa studentów przeprowadzić ze mną kolejny wywiad, znów pytać o to samo. Weszli, pogadaliśmy dwie minuty i zaczęło mi się kręcić w głowie. Bo za dużo pytań się pojawiło, za dużo złych wspomnień z nimi związanych. Zdenerwowałam się i nie mogłam już gadać. Musiałam się czegoś złapać bo dostałam silnych zawrotów głowy. Wszyscy musieli wyjść. Koniec wywiadu.

Przyszła pani pielęgniarka z pytaniem, dlaczego ja krzyczę? Widocznie chorym na nerwicę nie wolno krzyczeć, mają zakaz na tym oddziale podnoszenia głosu. Bo tu chodzą "święte krowy" i nie wolno na nie krzyczeć.

Teraz siedzimy na korytarzu, ponieważ do jednej pacjentki przyszła rehabilitantka i pozamykała mi wszystkie okna.

W związku z czym mam wrażenie, że wszyscy lekarze przejmują się innymi tylko nie mną. Ludzie przychodzą i wychodzą do domu a ja siedzę w szpitalu i żadnych badań nie robią. Co jest grane do jasnej cholery? Sama sobie dozuję leki, nikt nie ma nad tym kontroli. Po co ja tu siedzę? Jedyną rzeczą jaką mi dzisiaj zrobiono to pobrano mi krew. Przy czym nie zrobiono mi tego na czczo. Zjadłam śniadanie normalnie. Powiedziałam im o tym, pielęgniarz poszedł się zapytać ale wrócił i powiedział, że to nie przeszkadza. Ciekawe od kiedy badania morfologiczne nie muszą być robione na czczo? Ciekawe jakie wyjdą wyniki? Jak pięknie będę przekłamane. Widocznie lekarzom to nie przeszkadza.

Wczoraj popsuł mi się telewizor. Po kilku godzinie ekran zrobił się niebieski a potem czarny. I zostałam zupełnie odcięta od możliwości oglądania telewizji.

A dzisiaj jest Klan, Melodia, Na wspólnej... a dodatkowo jutro Apetyty na Życie i Kuba. I ja tego mam nie obejrzeć noż cholera jasna...

 

Może jutro pan profesor łaskawie nas zaszczyci swoją obecnością? Bo ja mam dość leżenia w łóżku bezczynnie i bezproduktywnie.

sobota, 12 maja 2012
Dzień Drugi - Kolejny dzień, w którym nic się nie dzieje, wiadomo Sobota

Przyjechała mama, chciałyśmy pójść do kafejki na kawę a ona zamknięta, szkoda. Jutro też nie będzie okazji wypić kawy. To dziwne bo właśnie w weekendy kiedy do pacjentów przychodzą rodziny można być wypić kawę i pogadać spokojnie a nie siedzieć na korytarzu.

Jeśli chodzi o życie szpitalne jutro będzie tak samo i dopiero w poniedziałek zacznie się leczenie pacjentów. Jak na razie stagnacja, marazm i wszechogarniająca nuuuuudaaa!

Gdyby nie dwuzłotówki na tv nie byłoby do kogo gęby otworzyć i na te gęby się pogapić:)

piątek, 11 maja 2012
Szpitalne życie cz.1

Okazało się, że wyznaczona data przyjęcia do szpitala wcale nie jest jednoznaczna z tym, że będzie wolne łóżko.

Najpierw przeprawa na izbie przyjęć. Studenci medycyny mieli jakieś szkolenie - krzyczeli, darli się w niebogłosy - a obok lekarz usiłował badać pacjentów, co w ogromnym hałasie nie należało do prostych czynności.

Po godzinie czekania poszłam na oddział, gdzie okazało się, że kobieta, która miała wyjść do domu, czeka jeszcze na wyniki i być może jeszcze zostanie, wtedy ja będę leżeć na korytarzu. Zdenerwowałam się, zmierzono mi ciśnienie 160/100. Czułam się koszmarnie. Posiedziałyśmy sobie na korytarzu do 15tej.

W końcu poszłam na salę. Oczywiście wtedy okazało się, że moim łóżku nie ma szafki, a ja, jak to ja, zapakowałam się jakbym jechała na pół roku. No i zostałam z tymi wszystkimi tobołami na podłodze.

Potem jeszcze jedna szopka z lekami, które ja muszę brać codziennie, tzn. malutką częścią dysponuje ale lekarka doszła do wniosku, że jeśli mam swoje leki to mam je sobie brać sama.

Przyjechał Witek prosto z pracy, przywiózł jeszcze parę drobiazgów i moje pudło z lekami i na prawdę na podłodze obok mnie zrobił się bałagan. Poszliśmy do pielęgniarki zapytać się czy mogę u niej przechować leki. Odpowiedź była odmowna. Pomyślałam sobie, że nie dość, że leki mam brać sama to jeszcze nikt nie chce mi ich przechować. A w szpitalu, niestety zdarzają się kradzieże , znów ciśnienie poszło w górę i zawroty spore, na sali duszno jak cholera, serce mnie zaczęło boleć.

Do końca dnia nie działo się nic, no może poza tym, że przyszła znów pielęgniarka mierzyć ciśnienie, mnie ominęła. Kiedy wychodziła poleciałam za nią upomnieć się o swoje. Przyleciałam wściekła tłumacząc jej, że muszę mieć mierzone ciśnienie bo od tego są uzależnione dawki leków.

A dziś jest piątek. Jak na razie nic się nie dzieje, nuda. Czytam książkę. Nawet jeszcze krwi mi nie pobierali, może później, a może dopiero jutro. Poczekamy zobaczymy. Na razie jeszcze nie było porannego obchodu.

Dwie godziny później. Obchód był. Czekają na poniedziałkowy obchód z profesorem.

Zajedwabiście!

To znaczy, że nikt do tego czasu nie podejmie żadnej decyzji. Oczywiście jutro jest sobota, potem niedziela czyli nic się tu nie będzie działo. Tylko nie wiem po co ja tu mam bezczynnie siedzieć... Spokojnie mogłam spędzić weekend w domu... A tu tylko wydaję dwuzłotówki na telewizję szpitalną...

czwartek, 10 maja 2012
...no to ide...

Postaram sie robic jakies notki..Witek bedzie wieczorem przepisywal.

Nie wiem na ile ide...moze na kilka dni a moze miesiac...nie od mnie to zalezy...

Prosze trzymac za mnie kciuki...

 

Jesli ktos chce mnie odwiedzic jestem w szpitalu Barlickiego na oddziale neurologii...

08:47, roxanne1
Link Komentarze (4) »
środa, 09 maja 2012
dzis prawdziwych Przyjaciol juz nie ma....

... przynajmniej jesli chodzi o mnie...

No dobra,za mojego cudnego Przyjaciela uwazam mojego meza..J

Jest przy mnie zawsze,cokolwiek by sie nie dzialo.

Jest jeszcze mama ,ale to raczej normalne..Hmmm nie -mama jest mamą i jak kazda chce dla swojego dziecka jak najlepiej.

Witek jest cudowna postacia w moim zyciu,długo mozna by pisac na jego temat i zawsze wsamych superlatywach,ale ,ale z racji "zajmowanego stanowiska",nie zalicza sie do grona Przyjacioł.

Tak sobie mysle,ze w moim przypadku takie grono po prostu nie istnieje...Przykro jest pisac cos takiego,ale taka jest prawda...

Mam mase znajomych,blizszych lub dalszych..ale to tylko znajomi.Byl kiedys Czlowiek,dla którego ja bylam Przyjaciołka,tak mnie zreszta przedstawial...Ale teraz okazuje sie,ze juz wszstko wygaslo...Od lat nie zamienilismy slowa...Kiedys jeszcze byly jakies listy,maile...teraz od lat zero kontaktu...

Przykre,dopiero teraz widze,ze zostalam sama ze swoja niepelnosprawnoscia,Nie ma nikogo,kto by z wlasnej woli po prostu ze mna posiedzial kiedy Witek idzie do pracy.

Nie mam Przyjacioł... Stracilam wiele od czasu kiedy choruje...czyli od 6 lat.Czasem mam dosc,kiedy nie mam nawet do kogo zadzwonic...

Nikt nas nigdzie nie zaprasza,Wiem ze nie jestem mile widziana,ciagle zawroty glpwy,jakies bole...Caly czas slysze,ze wszyscy gdzies chodza.,jakies imprezy,domowki...A ja sie czuje jak tredowata

Bo co mi pozostalo-kilka seriali w telewizji i audiobooki.

I ogromna milosc meza...

Kocham Cie Wituniu...

11:51, roxanne1
Link Komentarze (3) »
wtorek, 08 maja 2012
mial byc wpis...ale....

... ale niebedzie bo upilam sie 3 łykami wina....zdaje sie ze niezle jest...nie moglam znalezc altu by zrobic ł  

cholercia..powinnam sie zaczac pakowac do szpitala...ide we czwartek...

20:46, roxanne1
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 06 maja 2012
Jednak moge wyszywac:)

Mialam problemy z utrzymaniem w reku igly..zupelnie jakby mnie parzyla..Zrobilo mi sie wtedy cholernie smutno...tak lubie sobie powyszywac...

Dzis Witek pojechal do pracy a ja postanowilam sprobowac jeszcze raz...

I udalo sie!!!! Mam taki ladny wzor do wyszywania i bede mogla sobie popracowac nad nim w szpitalu..

Musze jeszcze spakowac moje przybory do haftow...

piątek, 04 maja 2012
kancia

Od jakiegos czasu przyjemnosc na ktora moge sobie pozwolic,bo nic nie kosztuje jest gra w kanaste...

Czasami gramy we 4 tj ja z mezem i brat meza z wlasna malzonka.

Czasem gram tylko z Witkiem...

Ale on sie coraz częsciej buntuje...

Sam ma mase zainteresowan i po prostu nie chce mu sie mnie zabawiac..

Nie zalezy mi na wygranej za szelka cene,sprawia mi frajde sam fakt ,ze sobie pogram...

11:19, roxanne1
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 128